Wiecie co…? Czasem ogarnia nas już jednak pewnego rodzaju marazm i zniechęcenie. Bo z jednej strony jesteśmy przekonani o słuszności naszej misji – krzewienia postaw ekologicznych wśród rodziców i ginekologów oraz zachęcanie do naturalnego prowadzenia ciąży i trzymania niemowląt tylko w pieluchach z bambusa – ale z drugiej strony jest tyle niezbyt ekologicznych rzeczy, z których nie potrafimy zrezygnować (jak choćby auto), że doprawdy czasem czujemy się w kropce.
I nawet czasem myślimy o tym, żeby się wycofać i przestać głosić objawione prawdy o ekologicznym prowadzeniu ciąży, ale ostatecznie tego nie robimy i żyjemy w takim dziwnym stanie… Jest takie jedno określenie, jak to było… A, obłuda? No właśnie, otóż mamy niekiedy wrażenie, że całe to nasze (i w ogóle) eko-rodzicielstwo to jedna wielka ściema, zwłaszcza gdy sami mówimy lub słyszymy z ust innych eko-rodziców, że tylko eko-rodzice wiedzą, jak naprawdę kochać swoje dziecko – bo tylko oni żyją w zgodzie z naturą, samym sobą i dzieckiem (jako tej natury reprezentantem).
Tak, w takich momentach mamy ochotę rzucić to wszystko w cholerę i powierzyć prowadzenie ciąży dobremu ginekologowi prywatnemu, pozbywając się w ten sposób wszystkich zmartwień i kłopotów, a przede wszystkim – wyzbywając obłudy, a potem kupić pampersy i jechać do maca.